 |
Urodził
się 13
listopada 1929
roku w
Długich Grzymkach, pow.
Sokołów Podlaski. Jest profesorem zwyczajnym w Szkole
Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, lekarzem
weterynarii, członkiem Związku Literatów Polskich, autorem
opowiadań i wierszy dla dzieci. Jego zamieszczane były w czasopismach
takich jak: Miś,
Świerszczyk, Płomyk, Płomyczek, Mały Apostoł, Domowe Przedszkole. |
Opublikował
ok. 30 książek dla dzieci i
dwie dla dorosłych. Jego twórczość poetycka dla dzieci była
tematem czterech prac magisterskich napisanych przez
studentów
Uniwersytetu w Białymstoku.
Dzieciństwo
spędził wśród
tataraków,
szuwarów,
małży, żab i ślimaków. Ten świat nie ciekawił
go i może dlatego, jako dziecko, nie lubił biologii. Przyszedł na świat
jako dziesiąte i ostatnie dziecko u matki. Nie starczyło już dla niego
morgów i innych materialnych dóbr. Nie buntował
się
przeciw temu. Przeniósł się do miasta. Wyrósł
ponad swoje
rodzeństwo, które kocha, wspomaga, odwiedza i gości w domu
oraz
w sercu. W mieście zatęsknił za beztroskim dzieciństwem spędzonym
wśród traw i pól rodzinnej wioski.
Wówczas
zrodziła się jego miłość do przyrody.
Powyższe informacje
zaczerpnięto ze strony
http://www.fk-wiersze.webpark.pl/poeta.html
Przygoda Pana Profesora z
Gminną Biblioteką Publiczną w Poświętnem rozpoczęła się 26 października
2005r, kiedy to Franciszek Kobryńczuk przeprowadził wykład dla
dzieci pt. "W zaczarowanym świecie książek dla dzieci".
Spotkanie
zostało ufundowane przez Bibliotekę Powiatową Książnicy Podlaskiej w
Białymstoku w związku z obchodami 55-lecia powstania GBP w Poświętnem.
W spotkaniu uczestniczyli uczniowie klas IV szkoły podstawowej w
Poświętnem. Autor książek dla dzieci "W krainie skrzata", "Szedł
jesienny mrok", "Białowieski skrzat królewski", "Monieckie
baśnie" zadawał dzieciom zagadki o różnym stopniu trudności,
za
które mogły one zdobyć punkty.
To
pierwsze spotkanie z
F.Kobryńczukiem zaowocowało dalszą współpracą.
Postanowiliśmy
wydać tomik poezji Pana Profesora związany tematycznie z
gminą
Poświętne. Przedsięwzięcie to jest możliwe dzięki patronatowi Urzędu
Gminy w Poświętnem.
Ilustracje
do książki wykonały dzieci ze Szkoły Podstawowej im. B.Prusa w
Poświętnem, które komisja wyłoniła w drodze konkursu. Tytuł
książki "Dębowe opowieści" nawiązuje do dębu o imieniu
Rudosław,
który jest pomnikiem przyrody na terenie naszej gminy.
24
października 2007 r. odbyła się uroczysta promocja książki "Dębowe
opowieści", której autorem jest prof. Franciszek Kobryńczuk,
wydanej przez Gminną Bibliotekę
Publiczną w Poświętnem, której współorganizatorem
byłą Książnica Podlaska im. Ł.Górnickiego.
Franciszek Kobryńczuk
Dębowe
opowieści
Rudosławie!
Rudosławie, stary dębie,
który masz swój dom w Siudymach,
ty historię znasz najgłębiej,
bo w pamięci swojej trzymasz
wydarzenia małe, duże –
huragany oraz burze,
które przeszły po tej Ziemi.
Ja je z legend znam i baśni.
Pomóż mi ten mrok rozjaśnić!
Dla poety nie bądź niemy!
Ty
nie byłeś, dębie, bóstwem.
Ono w tobie miało ołtarz.
I dlatego, gdy ubóstwem
będą moje myśli straszyć,
sensem je i prawdą obdarz!
Składam
je praojcom naszym
za ich miłość do tej Ziemi,
za ich głos, co tutaj nie milkł
o tym, że jest najpiękniejsza,
najzieleńsza, najczyściejsza,
macierzyńska i ojcowska,
wciąż ta sama, zawsze polska.
powrót na
górę
strony »
Kiedyś
zamożny, pewien
młodzieniec,
co na Podlasiu miał młyn i dobra,
będąc w Italii, wpadł w osłupienie,
gdy Mona Lizy zobaczył obraz.
- Ktoś ty, co na tym obrazie gościsz? -
rzekł, wzrok krzyżując z jej
dziwnym wzrokiem.
Gdybym miał taką żonę w
przyszłości
jak ty przepiękną, to pod
obłokiem
nieba nie szukałbym, ani raju.
Na nią bym patrzył w grudniu i
w maju.
-
Będziesz
miał, będziesz! - rzekła przepiękna.
Wracaj do kraju. Pod koniec lata,
sama do ciebie przyjdzie panienka
strojna urodą, w mądrość bogata.
Wrócił do kraju dzielny młynarczyk,
Z nim wróżba
szczęścia
w sercu ukryta
- Czy na spełnienie ona wystarczy
mych tęsknych marzeń? - sam siebie pytał.
Wiatr gnał wiosenne nocą szarugi
Młyn drzemał, wisząc w mroku nad strugą.
Kamienie młyńskie, jeden na drugim,
spały kamiennym snem twardo, długo.
I zaraz lato przyszło znienacka.
Żar potem lał się, po twarzach spływał.
Noc rozwieszała gwiazdy jak cacka,
A młyn pracował. Było po żniwach.
Mąka zmieniała postać w zakwasie.
Szumiało w dzieżach ciasto opasłe.
Chlebem pachniało całe Podlasie,
który smakował jak nigdy - z masłem.
Dzisiaj
do młyna wozów ze
zbożem,
jak nigdy, duża liczba przybyła.
Jeden kmieć przywiózł
dziewczątko hoże -
córkę, by w domu się nie
nudziła.
Włosy jak burza, jak iskry oczy.
Wiatr jej buziaczek różem polizał.
- Jak zwiesz się? - spytał młynarz ochoczy -
Nie płoń swych liczek, odpowiedz!
- Liza!
Stanął młynarczyk jak słup kamienny.
Twarz się stawała blada, czerwona.
- Spełnia się - szepnął - mój miraż senny,
bo ta dziewczyna, to moja żona.
Stała jak bóstwo piękna na furze,
dziewczęca w biodrach i smukła
w talii,
i macierzyńska bardziej ku
górze,
no, jednym słowem, jak ta w
Italii.
Ona
zastygła także w zachwycie,
widząc młodziana na wzór
herosa.
Bocian klekotał na młyńskim
szczycie.
Słońce huśtało się na
niebiosach.
Ślub i wesele nastały rychło.
Miód pitny lali do gardła kmiecie.
Nad Narwią, Bugiem ptactwo nie cichło.
Kończył swój pochód podlaski kwiecień.
*
*
*
Latek dwadzieścia, tłustych, nie chudych
minęło, odkąd młynarczyk z żoną
byli małżeństwem. W sercach, jak wprzódy,
miłość płonęła zorzą czerwoną.
Owoc miłości – piękna córeczka
miała już teraz lat
siedemnaście.
Lubiła biegać po leśnych
steczkach,
by gdzieś na miodek do barci
wkraść się.
Jak
matka miała Liza na imię.
Obie do siebie wręcz,
absolutnie,
były podobne i do tej w Rzymie -
pięknej Gicondy na sławnym
płótnie.
Młyn jak intrygant, plotkarz, gaduła
oczerniał co dzień śluzę i tamę.
Chociaż grosz jeden za drugim ciułał,
mamusi Lizie siał w głowie zamęt.
Dlatego często na swoim koniu,
jakimś tajemnym instynktem pchana,
pragnęła, by ją na grzbiecie poniósł
tam, gdzie dzieciństwa była polana.
Rzekła do męża raz w leśnej głuszy:
- Zróbmy tu naszą posiadłość cichą!
Odpoczną nasze głowy i uszy
od stuku żaren, gorszych od wichrów.
Kochał swą żonę młynarz tak samo,
jak wtedy, gdy ją ujrzał na furze.
- Jesteś mą żoną, mej córki mamą,
pragnę tu z tobą żyć jak najdłużej.
- A jak nazwiemy te włości nasze,
gdzie żyje sarna, jeleń, dzik,
bizon?
- Słowem, co zwierząt tych nie
odstraszy.
Tobą nazwiemy, po prostu...
Lizą.
Wrócili jeszcze na stare włości.
Był wieczór, w koło
pusto i cicho.
Córki nie było. Czy w
tej ciemności
porwać ją mogło puszczańskie
licho?
Gdzieś w drugim borze, bardziej na zachód,
znaleźli córkę w zaciszu znanym,
w chatynce pełnej, kwiatów zapachu,
z młodym bartnikiem, w niej zakochanym.
- Wyraźcie zgodę na ślub rodzice,
z tym pięknym chłopcem, bom z niego rada,
On jest tych borów prawnym dziedzicem.
Król mu na własność wczoraj je nadał.
- Będziecie mieszkać tu w tej biedocie?-
spytała matka i ojciec za nią.
- Bór nam przyniesie dochodów krocie!-
odrzekł młodzieniec piękny jak anioł.
Powstanie wioska, sto chat wokoło.
Miód będzie płynął, że palce lizać!
- Jak się nazywać będzie to sioło?
- Pięknie, jak moja żoneczka - Liza.
*
*
*
Dzisiaj po wielu, wielu stuleciach
Mit o powstaniu dwóch starych wiosek
z pamięci młodych w niebyt uleciał,
jak woda w Narwi spod śliskich wioseł.
Stara i Nowa Liza już wiemy,
to matka z
córką, A Liza - strumyk?
Tu mit zupełnie
jest dla nas niemy.
Jeżeli jednak
wytężysz umysł
i jakaś w tym ci pomoże
sztuczka,
dojdziesz,
że trzecia Liza - to
wnuczka.
Kiedyś
na Podlasie...
Kiedyś na Podlasie w nadnarwiańskie strony
z rodzinami rzymskie przybyły legiony.
Rodziny zostały, a hufce żołnierzy
poszły hen, na północ z Nordami się zmierzyć.
Rzymianin z południa mrozów nie wytrzymał.
Więc zginęli wszyscy, kiedy przyszła zima.
Młode jeszcze wdowy za Mazurów wyszły.
Krew się pomieszała w pokoleniach przyszłych.
Na przykład ja też mam coś
tam z Rzymianina.
Mówiła mi o tym niejedna dziewczyna,
ale chyba tylko z tej prostej przyczyny,
że dawałem ściągi w gimnazjum z łaciny.
Chłopca Romulusa, najpierwszego z Rzymian
karmiła wilczyca, wadera, co by
miał
w swoim charakterze i męstwo
i... wściekłość,
żeby mógł do nieba
przejść najpierw przez piekło.
Lupus po łacinie to wilk, a zaś
lupa
wilczyca. Ten zwyczaj przez
wieki nie upadł,
że tak rzymskich
chłopców, a także dziewczęta
nazywano wówczas. Musisz
to pamiętać,
kiedy na Podlasiu, gdzie byli
Rzymianie,
spotkasz się z nazwiskiem Lupa
niespodzianie.
Najwięcej tych nazwisk, panie i
panowie,
można spotkać, ręczę, w
Podlaskim Wilkowie.
Najwięcej krwi rzymskiej
napotkasz u dziewcząt.
Więc popatrz, jak one
przepięknie się wdzięczą,
jak żarzą swe serca, jak dusze,
jak lica,
jak to umie robić wytrawna
wilczyca.
powrót na
górę
strony »
Bóbr
Bóbr -
największy
w Polsce gryzoń,
życie związał z rzeczką Lizą,
która na Podlasiu płynie
do Narwi wody wlewa.
Bóbr liściaste ścina drzewa,
które gęsto rosną przy niej.
Witki wierzby i osiki,
olchy, brzozy i topoli,
to są bobra smakołyki,
których tutaj ma do woli
Zwala
wielkie pnie na wodę
którą w taki sposób spiętrza.
Już nie przejdziesz Lizy brodem.
Ma jak morze głębię wnętrza,
w którym bóbr ma roślinności
tyle, że nie musi pościć.
Wielki z niego budowniczy,
choć do dwóch nie umie
zliczyć.
Dom buduje swój -
żeremie,
nie na lądzie, lecz na wodzie.
gdzie posypia w dzień i drzemie,
z nim dzieciaki, żona, młodzież.
Nie rozwodzi się bóbr z żoną,
tak jak bocian, wilk czy zając.
To rodzinne, zgodne grono,
w którym wszyscy się
kochają,
służy innym dla nauki.
Tak na przykład gęsi, kruki
są w miłości po grób
stałe.
Może zbyt się rozgadałem,
może po to, by zachęcić
zwiedzić nasze bobrowisko
i zostawić je w pamięci.
Żeby to opisać wszystko
i do tego pięknym rymem,
trzeba talent mieć i wiedzę.
Przyjechałem z moich Grzymek
i nad rzeczką Lizą siedzę.
Myślę, jaki Bóg jest dobry,
że nam stworzył piękne bobry.
powrót na
górę
strony »
Jak
Wielkogrzeby zmieniono na Poświętne
Lat
pół tysiąca minęło z hakiem,
kiedy na zachód od rzeki Narwi,
w pewną noc ciemną, stworzenie jakieś
w ziemi schowało ogromne skarby.
Wgrzebało mocno je w głębię gleby.
Nazwało miejsce to Wielkogrzeby.
Ale,
być może, inaczej było.
Ludność tutejszą zabiła dżuma.
Miejsce się stało wielką mogiłą.
Kto żyw był wokół, natychmiast umarł.
Same się zwłoki pchały w głąb gleby.
Nazwano miejsce to Wielkogrzeby.
Były
to dobra Dzierżków, Brzozowskich.
Do nich należał ten szmat cmentarza.
Mając na względzie o niego troski,
Dali go darmo księżom z Suraża.
Ci
poświęcili to grzebowisko
i odprawili tu msze żałobne.
Czas wkrótce zatarł w pamięci wszystko.
Na paski gruntów dla szlachty drobnej
to miejsce było wkrótce pocięte.
Nie było dalej już tej potrzeby
żeby nazywać je Wielkogrzeby,
więc je nazwano prościej - Poświętne.
Choćby
i nawet z prochów powstała
osada owa, jak duch z piramid,
to tym jest większa jej moc i chwała,
bo tkwi w historii, jak dąb korzeniami,
w glebie na wieki z niebem sprzęgniętej.
Szczęść Ci Najwyższy, piękne Poświętne!
powrót na
górę
strony »
Trzy
hrabianki
W
bok od Poświętnego, na wschód i południe
bory,
lasy, łąki kraj zdobiły cudnie.
A
wszystkie te dobra miał, prawem
nadane
przez
króla, pan Hrabia,
godności nieznanej.
Był
dobry dla szlachty, chłopów
i czeladzi,
przez
co lud tutejszy przy nim się
gromadził.
Nie
wiadomo, kto był jego zacną żoną.
Legendy
bajają, że wdowcem był ponoć.
Ale
są bez sprzeczki też wieści
prawdziwe,
że
miał trzy córeczki bardzo
urodziwe,
najstarszą
Marynię i średnią Gabrysię
oraz
Józefinę - najmłodszą
strojnisię.
Miał
Hrabia paradny, wyjazdowy pojazd,
w
którym się nie czuło, gdy
mknął po wybojach.
bo
ozdobna skrzynia, z czterema oknami,
wisiała
na pasach pomiędzy kołami.
Każdy
wówczas magnat miał taką
karetę
z
miejscem dla lokaja - z tyłu i
stangretem,
który
w przodzie siedział,
trzymał lejce w garści
i
poganiał konie jednakowej maści.
Hrabia
córki w wierze chrześcijańskiej chował.
Woził je karetą na msze do Pietkowa.
W trzech okienkach tkwiły główki trzech hrabianek
przez gawiedź młodzieńców tęsknie podziwiane.
Po
bokach ołtarza, pięć kroków, nie dalej,
stały miękkie ławki - wyrzeźbione stalle.
Tu hrabianki zawsze ze swym dobrym tatą
siadały i Bogu dziękowały za to,
że są w swej urodzie i piękne, i prężne.
Prosiły, by rychło stały się zamężne.
A
one: Marysia, Gabrysia z tą trzecią
małą
Józefiną - szlachcicom i
kmieciom
tak
się wydawały jako te anioły,
które
ozdabiają niebo i
kościoły.
Hrabia,
na mszy myślał o swych córkach głównie,
o
ich zamążpójście prosił Boga
również.
Postanowił
obszar dóbr pociąć
na troje
i
równo obdarzyć te pociechy
swoje.
Pierwsza
za mąż wyszła Marynka, a za nią
Gabrysia. Od razu była wielką panią,
bo mąż jej był możny, więc nie żyli w biedzie.
Józefka została na rodzinnej schedzie.
Za syna zarządcy wyszła dóbr ojcowskich,
który ją uważał za piękny dar boski.
Ona była
ojca przyczyną
radości.
Cieszył się, że przy niej dożywa starości.
Po
owym podziale były trzy majątki.
Od imion panienek wzięły nazw początki:
Józefin, Marynki i piękny Gabrysin,
który przy Pietkowie jak kółeczko wisi.
Powstały
z nich wioski o tych samych nazwach.
Do Gminy Poświętne przynależy każda.
Dobrze by się stało, żeby z tej przyczyny
imiona hrabianek nosiły dziewczyny
właśnie w tych trzech wioskach. Może jest, jak sądzę,
co sprawdzę, gdy kiedyś w te strony zabłądzę.
Jakie
jest jego imię?
Gdzieś
w lewo od wioski, co zwie się Solniki
grzybowe się ciągną, piękne zagajniki.
A gdy je miniecie, na prawo skręcicie,
wejdziecie w las ciemny z zielonym podszyciem.
Ale już do Solnik, żeby iść z powrotem
nie uda się, ręczę, ni zaraz, ni potem.
Jakieś licho siedzi, jeśli wierzyć słowom,
które wyprowadzi was hen, pod Brzozowo.
Najbardziej ludziskom uprzykrza się w nocy,
jakby wtedy miało więcej czarciej mocy.
W
Solnikach zebrała się rada gromadzka.
- Trzeba wreszcie licho to napaść znienacka,
a najlepiej nocą! - rzekł sołtys tej wioski.
Pani sołtysowa przedstawiła wnioski,
którzy to młodzieńcy, a najlepiej pięciu,
dadzą mocne manto owemu diablęciu.
Nie
szukano chętnych do czynu ze świecą.
Zjawili
się w piątkę. Grzmotnęli co
nieco
i
poszli do boru, jak ci w bój
rycerze.
Gwiazdki
hen, na niebie, jak te
dziurki w serze,
mrugały
i drżały. Wtem przestały migać.
I
zapał do czynu jakby trochę przygasł.
-
Rozpierzchnąć się trzeba, by objąć las szerzej,
a
potem osaczyć to diabelskie zwierzę!
-
rzekł
łowczy najstarszy. Mrok czarny
jak smoła
pozalepiał
szparki w tym borze dokoła,
że
nie było miejsca, gdzie by weszła
szpilka.
Tam
coś w dali błysło? Tak, to oczy
wilka!
Cisza
wokół ciężka i do tego
głucha.
Coś
jednak huknęło? Tak, to huknął
puchacz!
Już
się pogubili odważni szperacze.
Co
to w dali kwili? Jakieś dziecko
płacze!
-
Wracajmy, za ciemno, by dopaść tu
kogoś.
ktoś
krzyknął. Ktoś spytał, a jaką by
drogą
wracać
nam do Solnik, skoro mrok jak w
piekle?
O
pomoc poprośmy dobrą świętą Teklę!
Nagle
się rąbnęło dwóch śmiałków czołami.
Gwiazdy
w oczach błysły, jakby pękł
dynamit.
-
Rety, diabeł! - krzyknął jeden z
tych stukniętych,
a
drugi gdzieś prysnął strachem
przeniknięty.
Cisza
znów na nowo i ciemność siostrzana
usiadły na drzewach i leśnych polanach.
Nagle się rąbnęło dwóch śmiałków plecami
- Rety, diabeł! - krzyknął jeden, potem zamilkł,
bo pomyślał sobie lepiej siedzieć cicho,
bo lepiej nam teraz, gdy w lesie śpi licho.
Każdy
na swą ręka lub na własne nogi
szukał w owym lesie do swych Solnik drogi.
Każdy przeszedł chyba kilometrów dziesięć
i w końcu zobaczył, że już nie jest w lesie.
Ranek
już koguty i ryczenia krowie
głosiły w Solnikach. Ależ skąd! W Brzozowie!
Każdy się rozejrzał, odezwał się słowem.
Wszyscy wręcz stwierdzili, że są pod Brzozowem.
-
Wiecie, co! – rzekł jeden do tego i tego –
Czarta może wygnać proboszcz z Poświętnego.
Musi diabła imię znać, by z Solniczyzny
wygnać go na zawsze poprzez egzorcyzmy.
Może to być Kusy, Demon, Mefistofel,
Lucyfer, lub Kaduk z nosem jak kartofel,
Boruta, Rokita, co ma krzywy ogon...
Babcia
idąc drogą dodała: Samogon!
powrót na
górę
strony »
Bociany
Prędzej
skłonisz do przyjaźni
wilka i barana,
niż czarnego i białego
do zgody bociana.
Nie
ma końca owej waśni
co trwa od stuleci.
Biały ludziom nosi dzieci,
co czarnego drażni.
Kiedyś
czarny do białego
rzekł: - Ty, żabojadzie!
Ten obraził się na niego,
że się mija w prawdzie.
Zaciągnęły
się do sądu.
Czarny przegrał sprawę.
Biały przecież ma żołądek,
który żab nie trawi.
Kiedyś
biały do czarnego
Rzekł:
- Od ludzi
stronisz,
no
i przez to, i dlatego
nie
lubią cię oni!
Zaciągnęły
się do sądu.
Biały przegrał sprawę.
Sąd mu wyrok dał do wglądu
jak kawę na ławę.
Zobacz,
biały, dąb w Siudymach
dał chatę czarnemu.
Choć sam wyrósł na olbrzyma,
służy maleńkiemu.
Wokół
dębu biegnie dróżka
w pewnej odległości.
Ludzie chodzą na paluszkach,
by ptaka nie złościć.
Sąd
białemu też na przeciw
odebrał przywilej
roznoszenia ludziom dzieci
co trwał przez lat tyle.
Teraz
starzy listonosze
w
ramach swych
nadgodzin,
noszą
za mizerne
grosze
dla
biedniejszych
rodzin
dzieci
piękne i
rozumne,
z
których mamy
dumne.
Ludziom
wielkim i bogatym
Kto
wioski sprzedał?
W
gminie Poświętne, jak nigdzie w świecie,
obok starego nowe znajdziecie.
Jest Liza Stara, jest Liza Nowa.
Stare i Nowe są dwa Wilkowa.
Zdrody są Stare i Zdrody Nowe.
Patrzę na mapę, zachodzę w głowę.
Brzozowo Stare jest, brak Nowego
Są Grochy Stare, a nie ma Nowych.
Mówię to wszystko właśnie dlatego,
że rzecz wyjaśnić jestem gotowy.
Ja
się tą sprawą zajmę pomału,
którą skieruję do trybunału.
Dojdę powoli, bom jeszcze dziarski,
kto wioski sprzedał i na szwajcarskim
prywatnym koncie złożył dolary.
Zażądam zwrotu ich oraz kary.
Tymczasem
szukam świadków zdarzenia,
żeby składali swe oświadczenia,
by do pierwszego składali kwietnia.
Niech sprawiedliwość prawdę uświetnia!
powrót na
górę
strony »
Rzekła
liszka do widliszka
Rzekła
liszka do widliszka:
-W kalendarzu dziś Franciszka,
tego co miał dom w Asyżu,
tego co miał las w pobliżu,
tego, który razy kilka
mówił do strasznego wilka,
że nie trzeba być złym zwierzem,
tego, co umacniał w wierze,
że przyroda jest nam siostrą,
z którą mile, a nie ostro
postępować zawsze trzeba.
Spytał
liszkę ten widliszek,
czy to prawda, że Franciszek
poszedł za to wprost do nieba?
Powiedziała liszka w maju:
„Ufaj zawsze temu hasłu:
Nie dostaniesz się do raju
jeśli nie masz dobrych zasług”.
Jeszcze spytał ów widliszek:
- Czy gdy ktoś wierszyki pisze
o przyrodzie mile, czule,
o zwierzętach i w ogóle,
będzie w niebie w pierwszym rzędzie?
- Oczywiście! - rzekła liszka.
Rzekł widliszek: - Znam Franciszka,
co na pewno w niebie będzie.
powrót na
górę
strony »
Sroka
i żuraw
Sroka
śmiała się z żurawia:
-Ty gdyś czaplę raz namawiał,
by za ciebie wyszła z mąż,
to ci z miejsca dała kosza.
Rzekła: jestem wielką damą.
ty oświadczasz się w kaloszach.
- Nie
tak było, wcale nie tak!
Chciał mnie żenić z nią poeta,
an Jan Brzechwa, nie zoolog,
ale prawnik. Jego wolą
było złączyć nas. Niestety,
słaby z niego był dietetyk.
Ja nie jadam ryb, a ona?
Może być ich cała tona!
Mnie nasiona i rośliny,
służą, ślimak, lub dżdżownica,
jej szczupaki, karpie, liny.
Mą się dietą nie zachwyca.
Ileż to
małżonków w świecie
wzięło rozwód przez różnice
nie w uczuciach, ale w diecie.
-
Rozwikłałeś tajemnicę
mój żurawie! Już wiem, czemuś,
wtedy czapli pojąć nie mógł.
A jak
myślisz, czy u ludzi
przez pozornie tę rzecz płochą
do rozwodu chęć się budzi?
- Oczywiście, przez
alkohol!
Zostań
ornitologiem!
-
Czaplo biała, czaplo biała,
czemuś taka dziś wspaniała?
Dziób masz czarny, a nie żółty,
nogi żółte, a nie czarne.
Z boków ci wyrosły piórka.
I oczęta masz figlarne.
Skąd ta zmiana niespodziana?
- Idę
za mąż, proszę pana!
Tam nad rzeką lub jeziorem
jutro ślub z mym lubym biorę.
Muszę być więc najpiękniejsza
i być wśród dam ta najpierwsza.
Będzie gwarów, pląsów wiele
Jak wesele, to wesele!
- Chciałbym być
tam, biała czaplo!
Jeśli możesz, to mnie zaproś!
- Nie
istnieje taki zwyczaj,
by jakiegoś wczasowicza
na wesele nasze prosić.
- A
podglądać wasze toki
można z pewnej odległości,
odmierzywszy metrów
setkę?
- W
cieniu skrywszy się głębokim,
możesz patrzeć przez lornetkę.
Dużo par się
zwiąże w związek.
Wszystkie potem wiją gniazda
z traw, badyli i gałązek.
Razem tworzą ptasie miasta.
- Gdzie
je wije każda czapla,
czy wysoko, czy też nisko?
- Oj, nie powiem, bo wypaplasz,
i tu zrobisz zbiegowisko.
Uniwerek, dziecko, ukończ!
Zostań ptasim dziennikarzem,
żeby wiedzą i nauką,
pootwierać korytarze
tych tajemnic i tych zdarzeń,
które jeszcze są odłogiem!
Zostań
więc ornitologiem!
powrót na
górę
strony »
Spotkanie
na moście
Szła
w Pietkowie przez
most baba,
akurat pośrodku nocy.
Zobaczyła chłopa draba,
jak z przeciwka do niej kroczy.
Ciarki z pleców
jej do krzyża
idą mrowiem poprzez lędźwie.
A chłop zbliża się i zbliża.
- Rety, rety, co to będzie!
Księżyc zaczął się
obniżać.
Babie staje włos na głowie.
A chłop zbliża się i zbliża.
Może bies to, a nie człowiek?
W lesie usnął pająk
krzyżak.
Baba nogi ma jak z waty.
A chłop zbliża się i zbliża,
wdowiec, wolny, czy żonaty?
Zbliża,
zbliża się po
trosze...
Dmuchnął
babie zimnym chuchem,
minął
ją i dalej poszedł.
Nagle
zniknął, bo był duchem.
powrót na
górę
strony »
Tłoka
Już opadły krople rosy.
Wystrzeliły w górę kłosy.
Idą młodzi gospodarze.
Opalone mają twarze.
Idą panny z całej wioski
w jasnych bluzkach i spódnicach.
Tylko oczy, usta, noski
widać. Chustki resztę lica
zakrywają, żeby w żarze
pannom się nie spiekły twarze.
- Dokąd zmierza barwna
grupa? -
pyta szpaka kos na gruszy.
- Kosić zboże, skoro upał
dostatecznie je wysuszył.
U
Michała na początku
skoszą
żyto, zwiążą w snopki
i
ustawią je w dziesiątki,
w
rzędach, w bardzo zgrabne kopki.
A wieczorem wykąpani
w Bugu, Narwi, albo w Lizie,
po posiłku, pod lipami,
pod dębami lub w remizie
będą tańczyć, dana, dana,
od północy aż do rana!
Jutro znowu pójdą
z piosnką
do sąsiadów, potem dalej.
Znów zawładną całą wioską
swą młodością i zapałem.
Takie wspólne
żniwowanie,
lub wykopki, darcie pierza,
czy kapusty szatkowanie -
dziś wspominać jest mi nie żal.
Tylko żal me serce smuci,
że to wszystko już nie wróci.
Ja wśród
tych żniwiarzy byłem.
i
ojczysty łan kosiłem.
Dziś
mi to zostało jeszcze,
że
wspomnieniem serce pieszczę.
I
rozmyślam coraz częściej,
czy
to wszystko, co jest nowe,
przetrwa
jako piękno, szczęście,
jak
te żniwa w dni lipcowe.
Spotkał
zając raz
bekasa,
gdy
na Biebrzą sobie
hasał.
-
Bekasiku
mój, dlaczego
do
beczenia, do
krowiego
jest
podobny głos
twój? Powiedz,
czemu
go ukradłeś
krowie?
-
Nie za wielki ze
mnie
ptaszek.
Choćbym
cudze
piórka ubrał,
ja
wyglądem nie
przestraszę
pliszki,
pleszki,
nawet wróbla.
Lecz
jak ryknę,
mówię szczerze,
w
krzaki zmyka każde
zwierzę.
-
Musisz płuca mieć,
bekasie,
mocne
jak kowalskie miechy!
-
Nie, zajączku! Słuchaj, w czasie
kiedy
tyle jest uciechy:
wicie
gniazd i jaj składanie,
trzeba
stale mieć czuwanie.
Może
być drapieżnik blisko.
Trzeba
mieć się na baczności,
by
nie pożarł naszych piskląt,
naszych
pociech i radości.
Wiesz,
zajączku, co ja
robię?
Hen,
wysoko wzlatam
sobie,
pod
obłoki, jak
skowronki,
składam
skrzydła i
jak kula,