18-112 Poświętne, tel/fax (085) 650 17 62, e-mail: gbpposwietne@wp.pl



  BIBLIOTEKA
 
  Informacje ogólne

  Historia

  Misja
 
  Regulamin

  Statut


  DZIAŁALNOŚĆ
   
  Wydarzenia

  Konkursy

  Spotkania

  Wycieczki

  prof. dr hab. FRANCISZEK KOBRYŃCZUK
Urodził się 13 listopada 1929 roku w Długich Grzymkach, pow. Sokołów Podlaski. Jest profesorem zwyczajnym w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, lekarzem weterynarii, członkiem Związku Literatów Polskich, autorem opowiadań i wierszy dla dzieci. Jego zamieszczane były w czasopismach takich jak: Miś, Świerszczyk, Płomyk, Płomyczek, Mały Apostoł, Domowe Przedszkole. 
Opublikował ok. 30 książek dla dzieci i dwie dla dorosłych. Jego twórczość poetycka dla dzieci była tematem czterech prac magisterskich napisanych przez studentów Uniwersytetu w Białymstoku.

Dzieciństwo    spędził    wśród    tataraków,    szuwarów, małży, żab i ślimaków. Ten świat nie ciekawił go i może dlatego, jako dziecko, nie lubił biologii. Przyszedł na świat jako dziesiąte i ostatnie dziecko u matki. Nie starczyło już dla niego morgów i innych materialnych dóbr. Nie buntował się przeciw temu. Przeniósł się do miasta. Wyrósł ponad swoje rodzeństwo, które kocha, wspomaga, odwiedza i gości w domu oraz w sercu. W mieście zatęsknił za beztroskim dzieciństwem spędzonym wśród traw i pól rodzinnej wioski. Wówczas zrodziła się jego miłość do przyrody.
Powyższe informacje zaczerpnięto ze strony
http://www.fk-wiersze.webpark.pl/poeta.html


Przygoda Pana Profesora z Gminną Biblioteką Publiczną w Poświętnem rozpoczęła się 26 października 2005r, kiedy to Franciszek Kobryńczuk przeprowadził wykład dla dzieci  pt. "W zaczarowanym świecie książek dla dzieci". Spotkanie zostało ufundowane przez Bibliotekę Powiatową Książnicy Podlaskiej w Białymstoku w związku z obchodami 55-lecia powstania GBP w Poświętnem. W spotkaniu uczestniczyli uczniowie klas IV szkoły podstawowej w Poświętnem. Autor książek dla dzieci "W krainie skrzata", "Szedł jesienny mrok", "Białowieski skrzat królewski", "Monieckie baśnie" zadawał dzieciom zagadki o różnym stopniu trudności, za które mogły one zdobyć punkty.
To pierwsze spotkanie z F.Kobryńczukiem zaowocowało dalszą współpracą. Postanowiliśmy wydać tomik poezji  Pana Profesora związany tematycznie z gminą Poświętne. Przedsięwzięcie to jest możliwe dzięki patronatowi Urzędu Gminy w Poświętnem.
Ilustracje do książki wykonały dzieci ze Szkoły Podstawowej im. B.Prusa w Poświętnem, które komisja wyłoniła w drodze konkursu. Tytuł książki "Dębowe opowieści"  nawiązuje do dębu o imieniu Rudosław, który jest pomnikiem przyrody na terenie naszej gminy.
24 października 2007 r. odbyła się uroczysta promocja książki "Dębowe opowieści", której autorem jest prof. Franciszek Kobryńczuk, wydanej przez Gminną Bibliotekę Publiczną w Poświętnem, której współorganizatorem byłą Książnica Podlaska im. Ł.Górnickiego. 

Franciszek Kobryńczuk

Dębowe opowieści

Rudosławie!

Rudosławie, stary dębie,
który masz swój dom w Siudymach,
ty historię znasz najgłębiej,
bo w pamięci swojej trzymasz
wydarzenia małe, duże –
huragany oraz burze,
które przeszły po tej Ziemi.
Ja je z legend znam i baśni.
Pomóż mi ten mrok rozjaśnić!
Dla poety nie bądź niemy!

Ty nie byłeś, dębie, bóstwem.
Ono w tobie miało ołtarz.
I dlatego, gdy ubóstwem
będą moje myśli straszyć,
sensem je i prawdą obdarz!

Składam je praojcom naszym
za ich miłość do tej Ziemi,
za ich głos, co tutaj nie milkł
o tym, że jest najpiękniejsza,
najzieleńsza, najczyściejsza,
macierzyńska i ojcowska,
wciąż ta sama, zawsze polska.

powrót na górę strony »

 
   Opowieść o trzech Lizach

  Kiedyś zamożny, pewien młodzieniec,
  co na Podlasiu miał młyn i dobra,
  będąc w Italii, wpadł w osłupienie,
  gdy Mona Lizy zobaczył obraz.

   - Ktoś ty, co na tym obrazie gościsz? -
  rzekł, wzrok krzyżując z jej dziwnym wzrokiem.
  Gdybym miał taką żonę w przyszłości
  jak ty przepiękną, to pod obłokiem
  nieba nie szukałbym, ani raju.
  Na nią bym patrzył w grudniu i w maju.

   - Będziesz miał, będziesz! - rzekła przepiękna.
  Wracaj do kraju. Pod koniec lata,
  sama do ciebie przyjdzie panienka
  strojna urodą, w mądrość bogata.

   Wrócił do kraju dzielny młynarczyk,
  Z nim wróżba  szczęścia w sercu ukryta
  - Czy na spełnienie ona wystarczy
  mych tęsknych marzeń? - sam siebie pytał.

  Wiatr gnał wiosenne nocą szarugi
  Młyn drzemał, wisząc w mroku nad strugą.
  Kamienie młyńskie, jeden na drugim,
  spały kamiennym snem twardo, długo.

  I zaraz lato przyszło znienacka.
  Żar potem lał się, po twarzach spływał.
  Noc rozwieszała gwiazdy jak cacka,
  A młyn pracował. Było po żniwach.

  Mąka zmieniała postać w zakwasie.
  Szumiało w dzieżach ciasto opasłe.
  Chlebem pachniało całe Podlasie,
  który smakował jak nigdy - z masłem.

  Dzisiaj do młyna wozów ze zbożem,
  jak nigdy, duża liczba przybyła.
  Jeden kmieć przywiózł dziewczątko hoże -
  córkę, by w domu się nie nudziła.

  Włosy jak burza, jak iskry oczy.
  Wiatr jej buziaczek różem polizał.
  - Jak zwiesz się? - spytał młynarz ochoczy -
  Nie płoń swych liczek, odpowiedz!

  - Liza!

  Stanął młynarczyk jak słup kamienny.
  Twarz się stawała blada, czerwona.
  - Spełnia się - szepnął - mój miraż senny,
  bo ta dziewczyna, to moja żona.

  Stała jak bóstwo piękna na furze,
  dziewczęca w biodrach i smukła w talii,
  i macierzyńska bardziej ku górze,
  no, jednym słowem, jak ta w Italii.

  Ona zastygła także w zachwycie,
  widząc młodziana na wzór herosa.
  Bocian klekotał na młyńskim szczycie.
  Słońce huśtało się na niebiosach.

  Ślub i wesele nastały rychło.
  Miód pitny lali do gardła kmiecie.
  Nad Narwią, Bugiem ptactwo nie cichło.
  Kończył swój pochód podlaski kwiecień.

                               *   *   *
  Latek dwadzieścia, tłustych, nie chudych
  minęło, odkąd młynarczyk z żoną
  byli małżeństwem. W sercach, jak wprzódy, 
  miłość płonęła zorzą czerwoną.

  Owoc miłości – piękna córeczka
  miała już teraz lat siedemnaście.
  Lubiła biegać po leśnych steczkach,
  by gdzieś na miodek do barci wkraść się.

  Jak matka miała Liza na imię.
  Obie do siebie wręcz, absolutnie,
  były podobne i do tej w Rzymie -
  pięknej Gicondy na sławnym płótnie.

  Młyn jak intrygant, plotkarz, gaduła
  oczerniał co dzień śluzę i tamę.
  Chociaż grosz jeden za drugim ciułał,
  mamusi Lizie siał w głowie zamęt.

  Dlatego często na swoim koniu,
  jakimś tajemnym instynktem pchana,
  pragnęła, by ją na grzbiecie poniósł
  tam, gdzie dzieciństwa była polana.

  Rzekła do męża raz w leśnej głuszy:
  - Zróbmy tu naszą posiadłość cichą!
  Odpoczną nasze głowy i uszy
  od stuku żaren, gorszych od wichrów.

  Kochał swą żonę młynarz tak samo,
  jak wtedy, gdy ją ujrzał na furze.
  - Jesteś mą żoną, mej córki mamą,
  pragnę tu z tobą żyć jak najdłużej.

  - A jak nazwiemy te włości nasze,
  gdzie żyje sarna, jeleń, dzik, bizon?
  - Słowem, co zwierząt tych nie odstraszy.
  Tobą nazwiemy, po prostu... Lizą.

  Wrócili jeszcze na stare włości.
  Był wieczór, w koło pusto i cicho.
  Córki nie było. Czy w tej ciemności
  porwać ją mogło puszczańskie licho?

  Gdzieś w drugim borze, bardziej na zachód,
  znaleźli córkę w zaciszu znanym,
  w chatynce pełnej, kwiatów zapachu,
  z młodym bartnikiem, w niej zakochanym.

  - Wyraźcie zgodę na ślub rodzice,
  z tym pięknym chłopcem, bom z niego rada,
  On jest tych borów prawnym dziedzicem.
  Król mu na własność wczoraj je nadał.

  - Będziecie mieszkać tu w tej biedocie?-
  spytała matka i ojciec za nią.
  - Bór nam przyniesie dochodów krocie!-
  odrzekł młodzieniec piękny jak anioł.

  Powstanie wioska, sto chat wokoło.
  Miód będzie płynął, że palce lizać!
  - Jak się nazywać będzie to sioło?
  - Pięknie, jak moja żoneczka - Liza.

                              *   *   *
  Dzisiaj po wielu, wielu stuleciach
  Mit o powstaniu dwóch starych wiosek
  z pamięci młodych w niebyt uleciał,
  jak woda w Narwi spod śliskich wioseł.

  Stara i Nowa Liza już wiemy,
  to matka z córką, A Liza - strumyk?
  Tu mit zupełnie jest dla nas niemy.
  Jeżeli jednak wytężysz umysł
  i jakaś w tym ci pomoże sztuczka,
   dojdziesz, że trzecia Liza - to wnuczka.

 

  Kiedyś na Podlasie...

  Kiedyś na Podlasie w nadnarwiańskie strony
  z rodzinami rzymskie przybyły legiony.

  Rodziny zostały, a hufce żołnierzy
  poszły hen, na północ z Nordami się zmierzyć.

  Rzymianin z południa mrozów nie wytrzymał.
  Więc zginęli wszyscy, kiedy przyszła zima.

  Młode jeszcze wdowy za Mazurów wyszły.
  Krew się pomieszała w pokoleniach przyszłych.

  Na przykład ja też mam coś tam z Rzymianina.
  Mówiła mi o tym niejedna dziewczyna,
  ale chyba tylko z tej prostej przyczyny,
  że dawałem ściągi w gimnazjum z łaciny.

  Chłopca Romulusa, najpierwszego z Rzymian
  karmiła wilczyca, wadera, co by miał
  w swoim charakterze i męstwo i... wściekłość,
  żeby mógł do nieba przejść najpierw przez piekło.
  Lupus po łacinie to wilk, a zaś lupa
  wilczyca. Ten zwyczaj przez wieki nie upadł,
  że tak rzymskich chłopców, a także dziewczęta
  nazywano wówczas. Musisz to pamiętać,
  kiedy na Podlasiu, gdzie byli Rzymianie,
  spotkasz się z nazwiskiem Lupa niespodzianie.
  Najwięcej tych nazwisk, panie i panowie,
  można spotkać, ręczę, w Podlaskim Wilkowie.
  Najwięcej krwi rzymskiej napotkasz u dziewcząt.
  Więc popatrz, jak one przepięknie się wdzięczą,
  jak żarzą swe serca, jak dusze, jak lica,
  jak to umie robić wytrawna wilczyca.

powrót na górę strony »

     
  Bóbr

  Bóbr - największy w Polsce gryzoń,
  życie związał z rzeczką Lizą,
  która na Podlasiu płynie
  do Narwi wody wlewa.
  Bóbr liściaste ścina drzewa,                 
  które gęsto rosną przy niej.
  Witki wierzby i osiki,
  olchy, brzozy i topoli,
  to są bobra smakołyki,
  których tutaj ma do woli

  Zwala wielkie pnie na wodę
  którą w taki sposób spiętrza.
  Już nie przejdziesz Lizy brodem.
  Ma jak morze głębię wnętrza,
  w którym bóbr ma roślinności
  tyle, że nie musi pościć.

  Wielki z niego budowniczy,
  choć do dwóch nie umie zliczyć.
  Dom buduje swój - żeremie,
  nie na lądzie, lecz na wodzie.
  gdzie posypia w dzień i drzemie,
  z nim dzieciaki, żona, młodzież.

  Nie rozwodzi się bóbr z żoną,
  tak jak bocian, wilk czy zając.
  To rodzinne, zgodne grono,
  w którym wszyscy się kochają,
  służy innym dla nauki.
  Tak na przykład gęsi, kruki
  są w miłości po grób stałe.

  Może zbyt się rozgadałem,
  może po to, by zachęcić
  zwiedzić nasze bobrowisko
  i zostawić je w pamięci.

  Żeby to opisać wszystko
  i do tego pięknym rymem,
  trzeba talent mieć i wiedzę.
  Przyjechałem z moich Grzymek
  i nad rzeczką Lizą siedzę.
  Myślę, jaki Bóg jest dobry,
  że nam stworzył piękne bobry.

powrót na górę strony »

Jak Wielkogrzeby zmieniono na Poświętne

Lat pół tysiąca minęło z hakiem,
kiedy na zachód od rzeki Narwi,
w pewną noc ciemną, stworzenie jakieś
w ziemi schowało ogromne skarby.
Wgrzebało mocno je w głębię gleby.
Nazwało miejsce to Wielkogrzeby.

Ale, być może, inaczej było.
Ludność tutejszą zabiła dżuma.
Miejsce się stało wielką mogiłą.
Kto żyw był wokół, natychmiast umarł.
Same się zwłoki pchały w głąb gleby.
Nazwano miejsce to Wielkogrzeby.

Były to dobra Dzierżków, Brzozowskich.
Do nich należał ten szmat cmentarza.
Mając na względzie o niego troski,
Dali go darmo księżom z Suraża.

Ci poświęcili to grzebowisko
i odprawili tu msze żałobne.
Czas wkrótce zatarł w pamięci wszystko.
Na paski gruntów dla szlachty drobnej
to miejsce  było wkrótce pocięte.
Nie było dalej już tej potrzeby
żeby nazywać je Wielkogrzeby,
więc je nazwano prościej - Poświętne.

Choćby i nawet z prochów powstała
osada owa, jak duch z piramid,
to tym jest większa jej moc i chwała,
bo tkwi w historii, jak dąb korzeniami,
w glebie na wieki z niebem sprzęgniętej.
Szczęść Ci Najwyższy, piękne Poświętne!

powrót na górę strony »

Trzy hrabianki

W bok od Poświętnego, na wschód i południe
bory, lasy, łąki kraj zdobiły cudnie.
A wszystkie te dobra miał, prawem nadane
przez króla, pan Hrabia, godności nieznanej.
Był dobry dla szlachty, chłopów i czeladzi,
przez co lud tutejszy przy nim się gromadził.
Nie wiadomo, kto był jego zacną żoną.
Legendy bajają, że wdowcem był ponoć.
Ale są bez sprzeczki też wieści prawdziwe,
że miał trzy córeczki bardzo urodziwe,
najstarszą Marynię i średnią Gabrysię
oraz Józefinę - najmłodszą strojnisię.

Miał Hrabia paradny, wyjazdowy pojazd,
w którym się nie czuło, gdy mknął po wybojach.
bo ozdobna skrzynia, z czterema oknami,
wisiała na pasach pomiędzy kołami.
Każdy wówczas magnat miał taką karetę
z miejscem dla lokaja - z tyłu i stangretem,
który w przodzie siedział, trzymał lejce w garści    
i poganiał konie jednakowej maści.

Hrabia córki w wierze chrześcijańskiej chował.
Woził je karetą na msze do Pietkowa.
W trzech okienkach tkwiły główki trzech hrabianek
przez gawiedź młodzieńców tęsknie podziwiane.

Po bokach ołtarza, pięć kroków, nie dalej,
stały miękkie ławki - wyrzeźbione stalle.
Tu hrabianki zawsze ze swym dobrym tatą
siadały i Bogu dziękowały za to,
że są w swej urodzie i piękne, i prężne.
Prosiły, by rychło stały się zamężne.

A one: Marysia, Gabrysia z tą trzecią
małą Józefiną - szlachcicom i kmieciom
tak się wydawały jako te anioły,
które ozdabiają niebo i kościoły.

Hrabia, na mszy myślał o swych córkach głównie,
o ich zamążpójście prosił Boga również.
Postanowił obszar dóbr pociąć na troje
i równo obdarzyć te pociechy swoje.

Pierwsza za mąż wyszła Marynka, a za nią
Gabrysia. Od razu była wielką panią,
bo mąż jej był możny, więc nie żyli w biedzie.
Józefka została na rodzinnej schedzie.
Za syna zarządcy wyszła dóbr ojcowskich,
który ją uważał za piękny dar boski.
Ona  była ojca  przyczyną  radości.
Cieszył się, że przy niej dożywa starości.

Po owym podziale były trzy majątki.
Od imion panienek wzięły nazw początki:
Józefin, Marynki i piękny Gabrysin,
który przy Pietkowie jak kółeczko wisi.

Powstały z nich wioski o tych samych nazwach.
Do Gminy Poświętne przynależy każda.
Dobrze by się stało, żeby z tej przyczyny
imiona hrabianek nosiły dziewczyny
właśnie w tych trzech wioskach. Może jest, jak sądzę,
co sprawdzę, gdy kiedyś w te strony zabłądzę.

Jakie jest jego imię?

Gdzieś w lewo od wioski, co zwie się Solniki
grzybowe się ciągną, piękne zagajniki.
A gdy je miniecie, na prawo skręcicie,
wejdziecie w las ciemny z zielonym podszyciem.
Ale już do Solnik, żeby iść z powrotem
nie uda się, ręczę, ni zaraz, ni potem.
Jakieś licho siedzi, jeśli wierzyć słowom,
które wyprowadzi was hen, pod Brzozowo.
Najbardziej ludziskom uprzykrza się w nocy,
jakby wtedy miało więcej czarciej mocy.

W Solnikach zebrała się rada gromadzka.
- Trzeba wreszcie licho to napaść znienacka,
a najlepiej nocą! - rzekł sołtys tej wioski.
Pani sołtysowa przedstawiła wnioski,
którzy to młodzieńcy, a najlepiej pięciu,
dadzą mocne manto owemu diablęciu.

Nie szukano chętnych do czynu ze świecą.
Zjawili się w piątkę. Grzmotnęli co nieco
i poszli do boru, jak ci w bój rycerze.
Gwiazdki hen, na niebie, jak te dziurki w serze,
mrugały i drżały. Wtem przestały migać.
I zapał do czynu jakby trochę przygasł.

- Rozpierzchnąć się trzeba, by objąć las szerzej,
a potem osaczyć to diabelskie zwierzę! -
rzekł łowczy najstarszy. Mrok czarny jak smoła
pozalepiał szparki w tym borze dokoła,
że nie było miejsca, gdzie by weszła szpilka.
Tam coś w dali błysło? Tak, to oczy wilka!
Cisza wokół ciężka i do tego głucha.
Coś jednak huknęło? Tak, to huknął puchacz!
Już się pogubili odważni szperacze.
Co to w dali kwili? Jakieś dziecko płacze!
- Wracajmy, za ciemno, by dopaść tu kogoś.
ktoś krzyknął. Ktoś spytał, a jaką by drogą
wracać nam do Solnik, skoro mrok jak w piekle?
O pomoc poprośmy dobrą świętą Teklę!

Nagle się rąbnęło dwóch śmiałków czołami.
Gwiazdy w oczach błysły, jakby pękł dynamit.
- Rety, diabeł! - krzyknął jeden z tych stukniętych,
a drugi gdzieś prysnął strachem przeniknięty.

Cisza znów na nowo i ciemność siostrzana
usiadły na drzewach i leśnych polanach.
Nagle się rąbnęło dwóch śmiałków plecami
- Rety, diabeł! - krzyknął jeden, potem zamilkł,
bo pomyślał sobie lepiej siedzieć cicho,
bo lepiej nam teraz, gdy w lesie śpi licho.

Każdy na swą ręka lub na własne nogi
szukał w owym lesie do swych Solnik drogi.
Każdy przeszedł chyba kilometrów dziesięć
i w końcu zobaczył, że już nie jest w lesie.

Ranek już koguty i ryczenia krowie
głosiły w Solnikach. Ależ skąd! W Brzozowie!
Każdy się rozejrzał, odezwał się słowem.
Wszyscy wręcz stwierdzili, że są pod Brzozowem.

- Wiecie, co! – rzekł jeden do tego i tego –
Czarta może wygnać proboszcz z Poświętnego.
Musi diabła imię znać, by z Solniczyzny
wygnać go na zawsze poprzez egzorcyzmy.
Może to być Kusy, Demon, Mefistofel,
Lucyfer, lub Kaduk z nosem jak kartofel,
Boruta, Rokita, co ma krzywy ogon...

Babcia idąc drogą dodała: Samogon!

powrót na górę strony »

          

Bociany

Prędzej skłonisz do przyjaźni
wilka i barana,
niż czarnego i białego
do zgody bociana.

Nie ma końca owej waśni
co trwa od stuleci.
Biały ludziom nosi dzieci,
co czarnego drażni.

Kiedyś czarny do białego
rzekł: - Ty, żabojadzie!
Ten obraził się na niego,
że się mija w prawdzie.

Zaciągnęły się do sądu.
Czarny przegrał sprawę.
Biały przecież ma żołądek,
który żab nie trawi.

Kiedyś biały do czarnego
Rzekł: - Od ludzi stronisz,
no i przez to, i dlatego
nie lubią cię oni!

Zaciągnęły się do sądu.
Biały przegrał sprawę.
Sąd mu wyrok dał do wglądu
jak kawę na ławę.

Zobacz, biały, dąb w Siudymach
dał chatę czarnemu.
Choć sam wyrósł na olbrzyma,
służy maleńkiemu.

Wokół dębu biegnie dróżka
w pewnej odległości.
Ludzie chodzą na paluszkach,
by ptaka nie złościć.

Sąd białemu też na przeciw
odebrał przywilej
roznoszenia ludziom dzieci
co trwał przez lat tyle.

Teraz starzy listonosze
w ramach swych nadgodzin,
noszą za mizerne grosze
dla biedniejszych rodzin
dzieci piękne i rozumne,
z których mamy dumne.
Ludziom wielkim i bogatym
dzieci noszą skrzaty.




Kto wioski sprzedał?

W gminie Poświętne, jak nigdzie w świecie,
obok starego nowe znajdziecie.
Jest Liza Stara, jest Liza Nowa.
Stare i Nowe są dwa Wilkowa.
Zdrody są Stare i Zdrody Nowe.
Patrzę na mapę, zachodzę w głowę.
Brzozowo Stare jest, brak Nowego
Są Grochy Stare, a nie ma Nowych.
Mówię to wszystko właśnie dlatego,
że rzecz wyjaśnić jestem gotowy.

Ja się tą sprawą zajmę pomału,
którą skieruję do trybunału.
Dojdę powoli, bom jeszcze dziarski,
kto wioski sprzedał i na szwajcarskim
prywatnym koncie złożył dolary.
Zażądam zwrotu ich oraz kary.

Tymczasem szukam świadków zdarzenia,
żeby składali swe oświadczenia,
by do pierwszego składali kwietnia.
Niech sprawiedliwość prawdę uświetnia!

powrót na górę strony »

    

  Rzekła liszka do widliszka

  Rzekła liszka do widliszka:
  -W kalendarzu dziś Franciszka,
  tego co miał dom w Asyżu,
  tego co miał las w pobliżu,
  tego, który razy kilka
  mówił do strasznego wilka,
  że nie trzeba być złym zwierzem,
  tego, co umacniał w wierze,
  że przyroda jest nam siostrą,
  z którą mile, a nie ostro
  postępować zawsze trzeba.

  Spytał liszkę ten widliszek,
  czy to prawda, że Franciszek
  poszedł za to wprost do nieba?

  Powiedziała liszka w maju:
  „Ufaj zawsze temu hasłu:
  Nie dostaniesz się do raju
  jeśli nie masz dobrych zasług”.

  Jeszcze spytał ów widliszek:
  - Czy gdy ktoś wierszyki pisze
  o przyrodzie mile, czule,
  o zwierzętach i w ogóle,
  będzie w niebie w pierwszym rzędzie?
  - Oczywiście! - rzekła liszka.
  Rzekł widliszek: - Znam Franciszka,
  co na pewno w niebie będzie.

powrót na górę strony »

   
   Sroka i żuraw

  Sroka śmiała się z żurawia:
  -Ty gdyś czaplę raz namawiał,
  by za ciebie wyszła z mąż,
  to ci z miejsca dała kosza.
  Rzekła: jestem wielką damą.
  ty oświadczasz się w kaloszach.

  - Nie tak było, wcale nie tak!
  Chciał mnie żenić z nią poeta,
  an Jan Brzechwa, nie zoolog,
  ale prawnik. Jego wolą
  było złączyć nas. Niestety,
  słaby z niego był dietetyk.
  Ja nie jadam ryb, a ona?
  Może być ich cała tona!
  Mnie nasiona i rośliny,
  służą, ślimak, lub dżdżownica,
  jej szczupaki, karpie, liny.
  Mą się dietą nie zachwyca.

  Ileż to małżonków w świecie
  wzięło rozwód przez różnice
  nie w uczuciach, ale w diecie.

  - Rozwikłałeś tajemnicę
  mój żurawie! Już wiem, czemuś,
  wtedy czapli pojąć nie mógł.

  A jak myślisz, czy u ludzi
  przez pozornie tę rzecz płochą
  do rozwodu chęć się budzi?

  - Oczywiście, przez alkohol!

 
  Zostań ornitologiem!

  - Czaplo biała, czaplo biała,
  czemuś taka dziś wspaniała?
  Dziób masz czarny, a nie żółty,
  nogi żółte, a nie czarne.
  Z boków ci wyrosły piórka.
  I oczęta masz figlarne.
  Skąd ta zmiana niespodziana?

  - Idę za mąż, proszę pana!
  Tam nad rzeką lub jeziorem
  jutro ślub z mym lubym biorę.
  Muszę być więc najpiękniejsza
  i być wśród dam ta najpierwsza.
  Będzie gwarów, pląsów wiele
  Jak wesele, to wesele!

  - Chciałbym być tam, biała czaplo!
  Jeśli możesz, to mnie zaproś!

  - Nie istnieje taki zwyczaj,
  by jakiegoś wczasowicza
  na wesele nasze prosić.

  - A podglądać wasze toki
  można z pewnej odległości,
  odmierzywszy metrów setkę?

  - W cieniu skrywszy się głębokim,
  możesz patrzeć przez lornetkę.

  Dużo par się zwiąże w związek.
  Wszystkie potem wiją gniazda
  z traw, badyli i gałązek.
  Razem tworzą ptasie miasta.

  - Gdzie je wije każda czapla,
  czy wysoko, czy też nisko?

  - Oj, nie powiem, bo wypaplasz,
  i tu zrobisz zbiegowisko.

  Uniwerek, dziecko, ukończ!
  Zostań ptasim dziennikarzem,
  żeby wiedzą i nauką,
  pootwierać korytarze
  tych tajemnic i tych zdarzeń,
  które jeszcze są odłogiem!
  Zostań więc ornitologiem!

powrót na górę strony »

Spotkanie na moście

Szła w Pietkowie przez most baba,
akurat pośrodku nocy.
Zobaczyła chłopa draba,
jak z przeciwka do niej kroczy.

Ciarki z pleców jej do krzyża
idą mrowiem poprzez lędźwie.
A chłop zbliża się i zbliża.
- Rety, rety, co to będzie!

Księżyc zaczął się obniżać.
Babie staje włos na głowie.
A chłop zbliża się i zbliża.
Może bies to, a nie człowiek?

W lesie usnął pająk krzyżak.
Baba nogi ma jak z waty.
A chłop zbliża się i zbliża,
wdowiec, wolny, czy żonaty?

Zbliża, zbliża się po trosze...
Dmuchnął babie zimnym chuchem,
minął ją i dalej poszedł.
Nagle zniknął, bo był duchem.

powrót na górę strony »

Tłoka

Już opadły krople rosy.
Wystrzeliły w górę kłosy.
Idą młodzi gospodarze.
Opalone mają twarze.
Idą panny z całej wioski
w jasnych bluzkach i spódnicach.
Tylko oczy, usta, noski
widać. Chustki resztę lica
zakrywają, żeby w żarze
pannom się nie spiekły twarze.

- Dokąd zmierza barwna grupa? -
pyta szpaka kos na gruszy.
- Kosić zboże, skoro upał
dostatecznie je wysuszył.

U Michała na początku
skoszą żyto, zwiążą w snopki
i ustawią je w dziesiątki,
w rzędach, w bardzo zgrabne kopki.

A wieczorem wykąpani
w Bugu, Narwi, albo w Lizie,
po posiłku, pod lipami,
pod dębami lub w remizie
będą tańczyć, dana, dana,
od północy aż do rana!

Jutro znowu pójdą z piosnką
do sąsiadów, potem dalej.
Znów zawładną całą wioską
swą młodością i zapałem.

Takie wspólne żniwowanie,
lub wykopki, darcie pierza,
czy kapusty szatkowanie -
dziś wspominać jest mi nie żal.
Tylko żal me serce smuci,
że to wszystko już nie wróci.

Ja wśród tych żniwiarzy byłem.
i ojczysty łan kosiłem.
Dziś mi to zostało jeszcze,
że  wspomnieniem serce pieszczę.
I rozmyślam coraz częściej,
czy to wszystko, co jest nowe,
przetrwa jako piękno, szczęście,
jak te żniwa w dni lipcowe.

Zając i bekas

Spotkał zając raz bekasa,
gdy na Biebrzą sobie hasał.
- Bekasiku mój, dlaczego
do beczenia, do krowiego
jest podobny głos twój? Powiedz,
czemu go ukradłeś krowie?
- Nie za wielki ze mnie ptaszek.
Choćbym cudze piórka ubrał,
ja wyglądem nie przestraszę
pliszki, pleszki, nawet wróbla.
Lecz jak ryknę, mówię szczerze,
w krzaki zmyka każde zwierzę.
- Musisz płuca mieć, bekasie,
mocne jak kowalskie miechy!
- Nie, zajączku! Słuchaj, w czasie
kiedy tyle jest uciechy:
wicie gniazd i jaj składanie,
trzeba stale mieć czuwanie.
Może być drapieżnik blisko.
Trzeba mieć się na baczności,
by nie pożarł naszych piskląt,
naszych pociech i radości.

Wiesz, zajączku, co ja robię?
Hen, wysoko wzlatam sobie,
pod obłoki, jak skowronki,
składam skrzydła i jak kula,